„Minął już prawie rok od dnia, w którym przestałam czuć ruchy naszej córki. A ja wciąż pamiętam każdy szczegół, jakby wydarzyło się to wczoraj.” Publikujemy świadectwo rodziców Noemi – o miłości, stracie i o tym, jak ważne jest, by w najtrudniejszych chwilach nie zostać samemu.
***
Czekaliśmy na narodziny Noemi. Od początku ciąży czułam się zaskakująco dobrze – bez dolegliwości, mdłości i osłabienia, których doświadczałam przy pierwszej ciąży. Myślałam wtedy: tak można być w ciąży co roku! Byłam aktywna – ze starszym synkiem, Samuelem, chodziliśmy na długie spacery i graliśmy w piłkę. Cieszyłam się na myśl, że kiedy drugie dziecko podrośnie, Samuel będzie miał kompana do zabawy na podwórku.
Już po pierwszych badaniach prenatalnych wszystko się zmieniło. Lekarz wykonujący USG powiedział, że przezierność karkowa jest powiększona i konieczne będzie wykonanie dodatkowych badań. Oczekiwanie na wyniki było bardzo stresujące.
Podczas wizyty w poradni prenatalnej usłyszeliśmy diagnozę – nasza córka ma Zespół Downa. Wtedy byliśmy przekonani, że to pomyłka. Słyszeliśmy przecież historie o błędnych diagnozach i kurczowo trzymaliśmy się nadziei, że u nas będzie podobnie.
Kolejne tygodnie mijały, a ja fizycznie czułam się znakomicie. Każdego dnia powtarzałam sobie, że sto razy bardziej wolałabym mieć mdłości i źle się czuć, byle tylko Noemi była zdrowa.
Po badaniu połówkowym bałam się wyjść z gabinetu. Na szczęście był ze mną mąż, który przytulił mnie najmocniej, jak potrafił. Okazało się, że Noemi ma poważną wadę żołądka i serca oraz że po porodzie będzie potrzebowała operacji.
Zaczęłam szukać informacji w internecie. Przestałam chodzić z Samuelem na plac zabaw, bo bałam się rozmów i pytań: „A kiedy poród?”. Trafiłam wtedy na profil Hospicjum Perinatalnego JESTEM. Przez kilka dni zastanawiałam się, czy zadzwonić. W końcu zdecydowałam się.
Odebrała przemiła położna. Spokojnie wyjaśniła, że możemy się spotkać i porozmawiać. Już następnego dnia piłyśmy razem kawę, a Samuel bawił się obok. Od tego momentu było mi trochę lżej.
Hospicjum zaproponowało nam różne formy wsparcia. Spotykaliśmy się z psychologiem – najpierw wspólnie, później także indywidualnie. Dowiedziałam się, jak odpowiadać na pytania o ciążę i jak rozmawiać ze starszym synkiem o sytuacji naszej rodziny.
Mieliśmy również możliwość poznania innych rodzin wychowujących dzieci z trisomią 21. W czasie ciąży nie byliśmy jeszcze na to gotowi, ale wiedzieliśmy, że w każdej chwili możemy zadzwonić do mamy trzyletniej dziewczynki z Zespołem Downa.
Przygotowywałam się do planowego cesarskiego cięcia. W domu wszystko było już gotowe – ubranka poukładane, torba spakowana. Wróciłam też do spacerów i wspólnych wyjść z Samuelem.
We wtorek od rana czułam jednak niepokój. Pogoda była piękna, więc wybraliśmy się do parku i przeszliśmy wiele alejek. Po powrocie zjedliśmy obiad, ale od rana nie czułam ruchów Noemi. Po posiłku nadal ich nie było.
Zadzwoniłam do koordynator hospicjum z pytaniem, co robić. Pojechałam do szpitala.
Na izbie przyjęć usłyszeliśmy, że Noemi już nie żyje. Jej serce przestało bić.
To był ból i przerażenie, których nie da się opisać. Chwilę później przyjechała położna z hospicjum, a zaraz potem mój mąż. Byliśmy razem. Płakaliśmy i szlochaliśmy głośno. Nie obchodziło nas, co pomyślą inni. Nasza córka nie żyła.
Później przyszedł czas na spokojną rozmowę. Gdyby nie wsparcie osób z hospicjum, nie wiem, jak ułożyłabym to wszystko w głowie i w sercu.
Omówiliśmy krok po kroku, jak może wyglądać poród. Poprzednie dziecko urodziłam przez cesarskie cięcie, teraz rozważaliśmy poród siłami natury. Kolejna doba była niezwykle trudna, ale jednocześnie jeszcze bardziej zbliżyła nas do siebie.
Na sali porodowej byliśmy razem. Miałam znieczulenie zewnątrzoponowe. Kiedy urodziłam Noemi, zapadła cisza. Taka cisza, jakiej nigdy wcześniej nie słyszałam. Choć nie zapłakała ani nie wypowiedziała ani jednego dźwięku, powiedziała nam tak wiele.
Zespół na porodówce zadbał o to, abyśmy przez dwie godziny mogli być prawie sami z naszą córeczką. Położna pomogła nam ją umyć i ubrać. Odcisnęliśmy jej maleńką stópkę w glinie. Tuliliśmy ją na zmianę – raz ja, raz mój mąż, Tomek. Całowaliśmy jej czółko. Miała śliczne włoski i nosek podobny do mojego.
W końcu przyszedł czas pożegnania.
Pudełeczko wspomnień przygotowane przez hospicjum było bezcenną pamiątką, z którą mogłam wyjść ze szpitala. Większość kobiet wychodzi z dzieckiem. Ja wyszłam z kwiatami od męża i pudełeczkiem, w którym była pieluszka oraz odcisk maleńkiej stópki.
Choć wcześniej słyszeliśmy, że będziemy mogli pożegnać Noemi, ta możliwość wydawała się czymś nierealnym. Dopiero później zrozumieliśmy, jak bardzo tego potrzebowaliśmy.
Po wyjściu ze szpitala koordynator wsparcia przeprowadziła nas przez kolejne formalności. Podpowiedziała, jak rozmawiać w zakładzie pogrzebowym, na co zwrócić uwagę i była dostępna zawsze wtedy, gdy potrzebowaliśmy zadzwonić.
Minął już prawie rok od dnia, w którym przestałam czuć ruchy naszej córki. A ja wciąż pamiętam każdy szczegół, jakby wydarzyło się to wczoraj.
JESTEM to nasi przyjaciele, którzy byli z nami w tym wyjątkowym czasie. Ludzie, dla których ważny jest człowiek – zarówno ten maleńki, schowany pod sercem mamy, jak i ten dorosły, który w obliczu takiej straty sam czuje się jak bezradne dziecko.
***
Więcej o szczegółach naszej pomocy można przeczytać [pod linkiem].
Zapraszamy do lektury innych świadectw opublikowanych na naszej stronie:
„Nie wiedziałam, że można wybrać inaczej” – świadectwo położnej
Była z nami godzinę. Zostanie na zawsze
HP JESTEM