(…)Razem z żoną straciliśmy naszą długo oczekiwaną córeczkę Jagódkę. (…)
Moment w którym dowiedziałem się że naszej córki nie ma był najgorszym dniem w życiu. „Serduszko przestało bić” usłyszałem i poczułem, jakby w mojej głowie panowała pustka. Nie rozumiałem tych słów. Zapytałem; „Ale już bije?”, zona rozpłakała się jeszcze bardziej i powiedziała, że Jagódka nie żyje. (…)
Wsparcie najbliższych jest najważniejsze. Nie ma czegoś takiego, jak „czas leczy rany”. Jak słyszałem takie słowa, to krew mnie zalewała i szybko tłumaczyłem na spokojnie komuś, że coś takiego nie istnieje, że nie przestanie się myśleć za X lat o tym, że straciło się córkę. Pogodzenie się ze stanem rzeczy nie jest możliwe do wykazania na osi czasu. Nie da się powiedzieć, że po jakimś określonym czasie będzie po wszystkim. (…)
Tego samego dnia kiedy trzymałem Jagódkę na rękach razem z żoną przez dwie wspaniałe i niezapomniane godziny, wróciłem do domu, w którym mój niczego nieświadomy syn następnego dnia szedł do przedszkola, i rano z fałszywym uśmiechem na buzi przygotowywałem go do wyjścia. Codzienne obowiązki tłumiły rozpacz, którą przeżywałem. Jeździłem do szpitala, wspierałem zonę, jak potrafiłem. Uważam, że nie zawsze robiłem to, jak należało. Mówiła mi to wprost, ale szczerze mówiąc, nawet nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak się działo. Może uważałem, że po prostu nie umiem, że jest psycholog – ktoś, kto się na tym zna, a ja nie potrafię. Mam o to żal do siebie, bo to jest najważniejsza osoba w moim życiu, razem z moim synem. (…)
Jeśli ktoś przeżył taką tragedię jak my, to wie, że dobrym sposobem jest nawet posiedzenie razem w ciszy. Razem. Niby niewiele, ale jest to bardzo intymne i scalające. My z żoną mieliśmy momenty, że otwieraliśmy zdjęcie Jadzi i po prostu po cichu sobie płakaliśmy. Są to normalne i naturalne zachowania. Tęsknota to bardzo mocne uczucie.
Wsparcie jest niezwykle ważne. Nie można nikogo pospieszać w żłobie, nawet jeśli „poszło się do przodu”. U nas tak było, ja potrafiłem się na swój sposób pogodzić z tym co się wydarzyło, wiedziałem jednak, ze u Madzi ten proces trwa dłużej. Nie ma co się bronić przed wsparciem psychologa – to naprawdę są ludzie z ogromna wiedzą, empatią i potrafią rozmawiać. Również ja byłem z żoną raz czy dwa u psychologa. (…)
Siła, którą daje wsparcie rodziny, jest też niezwykle ważna. Nasi rodzice, rodzeństwo mogą nie wiedzieć, jak reagować. Tez nie powinniśmy się o to złościć. To jest dla nich cos zupełnie niespotykanego. (…)
Czas nie leczy ran. Czas pomaga w zrozumieniu, ale nie w zapomnieniu. W pierwszych tygodniach po śmierci Jagódki jeździłem na cmentarz pięć, sześć razy w tygodniu. Nawet na minutkę. Teraz jest to raz czy dwa w tygodniu. Jest to forma „odwiedzin”, już nie podchodzę do tego w sposób „Jadę się z nią zobaczyć”. Musimy akceptować to, co niesie czas, niestety nic go nie zatrzyma. (…)
Chciałbym też podziękować właśnie mojej żonie za to, że jest, ze jest dzielna i wiem, że przeżyła coś, czego nie da się przeżyć, ale jest najwspanialszą i najcieplejszą osobą, jaką znam. Jesteśmy wspaniałą rodziną – cała nasza czwórka.
Kuba – tata Jagódki
Fragment wspomnień Jakuba Bolewickiego w książce pt. Okruszki str.313 – 319 www.okruszkinadziei.pl