(…) O kolejnej kiełkującej fasolce dowiedziałam się w momencie, gdy już oswoiłam się z myślą, że nasza rodzina pozostanie w układzie 2+2. W moim odczuciu, a jeszcze bardziej w oczach społeczeństwa, „miałam już swoje lata” (38). Ponadto po długiej przerwie postanowiłam wrócić do życia zawodowego. Czekały mnie pierwsze rozmowy kwalifikacyjne. Jadąc do lekarza, byłam przekonana, że nie jestem w ciąży. (…)
Pani doktor zbadała mnie bardzo dokładnie. (…) „Ale wszystko ok., pani doktor?, odpowiedziała; „No, właśnie nie do końca”. Z tego co działo się później, pamiętam już tylko urywki. Podejrzenie wady letalnej (pierwszy raz w życiu słyszałam te słowo), że zespół Downa to przy tym lekka choroba, że może jest to mniejsza wada operacyjna, ale odpowiedzi może udzielić tylko amniopunkcja, i że prawo pozwala kończyć taką ciążę. (…)
Oczekiwanie na narodziny maluszka było inne niż dwa wcześniejsze. Po początkowych emocjach owiane spokojem, ale takie smutne… Przed ogromną częścią świata odkrywaliśmy tylko tę zwyczajną, fizjologiczną i zdrową część ciąży. (…) Zaczęliśmy jednak mówić prawdę rodzinie i przyjaciołom. Dla większości były to dwie informacje – jedna radosna o ciąży i druga o smutnym, nieuchronnym końcu.
I wtedy pani doktor powiedziała, że już wie dlaczego nie czuję ruchów. I że bardzo jej przykro. (…) Powiedzieliśmy dzieciom, że dzidziuś miał bardzo chore serduszko i ono przestało bić, że już nie otworzy oczu, nie zapłacze i nie przywiozę go do domu. (…)
I w końcu poród. Szybki, z cudowną położną, panią Agatą, która ubrała i przyniosła mi synka jak zdrowe dziecko. Podała z szacunkiem. (…) Nigdy nie zapomnę, jak moja mama weszła do sali, wzięła wnuczka na ręce i powiedziała mu tyle pięknych rzeczy o swojej miłości. Ja nie potrafiłam tak mówić. Potrafiłam tylko przytulać. A potem zdjęła z szyi medalik i przyczepiła go do Gabrysiowego kocyka. I najtrudniejszy moment – oddanie synka. Odkładany kilka godzin. Upewnienie się, co będzie z nim dalej. I rozpacz ogromna, gdy zostaliśmy sami. Puste ręce i niemoc. Przytulenie do męża. (…)
Mam w sobie mnóstwo niezgody na to, co się stało. Mnóstwo pretensji. Tak, mam żal do Boga, że nie ocalił mojego synka. I nie cierpię, gdy ktoś mówi, że jest w tym głębszy sens. Jestem wdzięczna mądrym księżom, którzy nigdy tak nie powiedzieli. Dostrzegam, ile dobra wydarzyło się za sprawą naszego maluszka, ale to nie jest dla mnie rekompensata za jego brak. Mam też żal do tych bliskich, którzy nie towarzyszyli nam w żałobie. Albo trywializowali stratę. Do tych, którzy wmawiali Kalince, że ma jednego brata i pytali, kto to jest Gabryś. Niektórzy stworzyli przez to dystans nie do pokonania.
Po pożegnaniu widziałam wiele znaków. Dużo biorących się znikąd piórek (Kalinka zawsze mówiła, że to piórko Gabrysia), chmury układające się w kształt buzi dziecka. Zachwycałam się błękitem nieba, które wydawało mi się zarówno bliskie, jak i dalekie.
Po pożegnaniu zbierałam pamiątki. Moja siostra i bratowe napisały listy i wiersze. Moja chrzestna napisała wspomnienie. Razem z mężem wzięliśmy udział w nagraniach do reportażu o działalności hospicjów perinatalnych w Polsce. Po to, by podziękować za pomoc, którą otrzymaliśmy, i by pamięć o naszym synku trwała.
Jestem wdzięczna ludziom, którzy ze mną płakali. Niespokrewnionym, lekarzom, pielęgniarkom, sąsiadkom, reporterom telewizyjnym. I tym, którzy ze mną rozmawiali, którzy się nie bali. (…)
Kamila – mama Gabrysia
Fragment wspomnień Kamili Nowak-Lewandowskiej zamieszczony w książce pt. Okruszki str.271-281 www.okruszkinadziei.pl