Ciąża była jednocześnie radosnym i trudnym czasem. Radosnym, bo mogłam cieszyć się z obecności Michasia, wiedząc, że póki co jest u mnie bezpieczny. Mogłam się cieszyć z jago kopniaków i z tego, że gdziekolwiek wędrujemy – on jest z nami. Trudnym, ponieważ wiedziałam, że zaraz po porodzie zacznie się walka o jego życie, bałam się o niego, a pytania obcych osób o ciążę nie były tak beztroskie, jak to zwykle bywa. Mnóstwo osób, kiedy usłyszało o jego wadzie, wspominało, że wśród rodziny czy znajomych jest ktoś „z dziurką w sercu”, biega, żyje i ma się dobrze. Sprawiło mi to ból, bo wiedziałam, że wada Michała to nie „dziurka w sercu”, która zazwyczaj oznacza ubytek w przegrodzie międzyprzedsionkowej i nie jest tak niebezpieczna, tylko złożona, potencjalnie śmiertelna wada serca. Wiem, że ludzie chcieli mnie pocieszać, ale odbierałam to jako bagatelizowanie choroby Miśka. Ludzie woleli powiedzieć „wszystko będzie dobrze”, a ja wiedziałam, że nie będzie, że to nie przeziębienie, które łatwo wyleczyć i będzie po kłopocie. (…)
Podczas ciąży staraliśmy się odpoczywać, spędzać czas rodzinnie, po prostu być razem – również ze starszym synem. Wyjechaliśmy na przedłużony weekend, spacerowaliśmy, cieszyliśmy się swoim towarzystwem. (…)
Usłyszałam jego krzyk i to był najpiękniejszy dźwięk, jaki mogłam usłyszeć. Miał nie być za duży, a ważył 3990g i miał 57 cm. Ponieważ był silny i stabilny, mogłam go zobaczyć, dotknąć, przytulić i ucałować, a potem zabrano Michasia na oddział patologii noworodków. (…) Po miesiącu udało nam się w końcu wyjść do domu. (…)
W domu rozpoczęło się inne życie. Oczywiście wypełnione lękiem, bo Misio nie był zdrowym dzieckiem, trzeba mu było podawać leki, nie mógł za długo płakać, mało przybierał na wadze, ale byliśmy razem, w DOMU. Bracia mogli się poznać i była to miłość od pierwszego wejrzenia. (…)
Z niepokojem patrzyliśmy na wagę, bo ta czasem stała w miejscu, a Michałek musiał osiągnąć określoną wagę, aby druga operacja była możliwa. Bałam się jej przebiegu, i tego, jak mój dzidziuś poradzi sobie bez nas. (…)
A nagle, zupełnie niespodziewanie stan Misia się pogorszył. Zaczął się dziwnie zachowywać i wezwaliśmy karetkę myśląc, że panikujemy. W ciągu 20 minut odszedł, zmarł na naszych rękach, karetka nie zdążyła dojechać. (…)
O śmierci Michała bardzo ciężko mi mówić i pisać. (…) Pogrzeb Misia odbył się po kilku dniach. (…) Większość ludzi próbowało powiedzieć coś, cokolwiek, tak jakby słowa mogły złagodzić ból straty. Nie umieli zrozumieć, że to nie czas na łagodzenie tego bólu, a przyjęcie go. (…) Gdy umrze żona, nikt nie mówi; będziesz miał kolejną. (…)
Jedną z najtrudniejszych rzeczy do poukładania była odpowiedź na pytanie, ile masz dzieci?. To takie niezobowiązujące, proste pytanie, trochę jak rozmowa o pogodzie. Mało kto spodziewa się po nim poznać historię naszego życia. (…)
Świętujemy jego urodziny, bo choć to trudny dzień, to cieszymy się, że mogliśmy go powitać na świecie, poznawać i przytulać prze te cztery i pół miesiąca, kochać do końca świata. Przychodzą bliscy, jest tort i przekąski, prezent dla niego i dla jego gości. Wysyłamy do nieba balonik. Mówimy o nim i wspominamy czas, w którym byliśmy razem. (…)
Anna – mama Michasia
Fragment wspomnień Anny Chrząścik zamieszczony w książce pt. Okruszki str.47-65 www.okruszkinadziei.pl